sobota, 7 kwietnia 2018

Widok ze Wzgórz na Miasta według Marty Kładź-Kocot



Marta Kładź-Kocot - Noc kota, dzień sowy: Zamek Cieni
Genius Creations


19. Wiem, gdzie jesion stoi, Yggdrasill się zowie,
Lśniącą wilgotnością pień jego zroszony;
Z niego idzie rosa, co w dolinach spada,
Koło Urd studni wciąż zielony stoi.

20. Stamtąd przybyły dziewy wszechwiedzące,
Trzy, z owej sali, co pod drzewem stoi;
Urd zwie się pierwsza, a druga Werdandi
- rytowały w drzewie - Skuld na imię trzeciej,
Postanawiały losy, zakreślały żywot,
Ludzkim istotom stwarzały przeznaczenie.
„Wieszczba Wölwy (Völuspá)” przekład Apolonia Załuska-Stromberg 

Słowem najlepiej oddającym istotę, zarówno tego wpisu,  mojego spojrzenia na debiutancką powieść Marty Kładź-Kocot, jak i tego, co się wokół mojego czytania pierwszej części „Nocy kota, dnia sowy” działo, jest „przeczucie”. To przeczucie kazało mi (niczym geas) zainteresować się tą powieścią. Do tego w dość nietypowy jak na mnie sposób, decyzję „czytam” podjąłem w czasie odsłuchiwania pewnej audycji radiowej (właściwie to podcastu zrobionego z tej audycji). Na usprawiedliwienie dodam, że zarówno prowadzący (Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz), jak i ich gość (czyli Autorka) mówili ciekawie. Wracając do przeczuć. Ciężko jest mówić o dziele nieukończonym, a takim jest nie powieść, a moje czytanie. Dlaczego więc już teraz o „Nocy kota, dniu sowy” piszę? Bo mam, mówiąc kolokwialnie, załatwioną co prawda dopiero połowę konkretyzacji świata przedstawionego, ale za to silne przeczucie odczytania (interpretacji).
Mówiąc już najzupełniej poważnie, ukazanie się debiutu (ściślej połowy debiutu) Marty Kładź-Kocot zbiegło się w czasie z pewnym moim kryzysem czytelniczym. Doszedłem mianowicie do wniosku, że dotarłem po kres moich zdolności czytelniczych, czyli nauczyłem się już czytać. To paskudne w swej naturze uczucie skazywało mnie na pasywne odczytywanie tego co już znam, bo przecież wszystko już było! To oczywiście było złudzenie, lektura „Nocy kota, dnia sowy” przekonała mnie, że mam jeszcze w kwestii czytania wiele do nauczenia się. Tu pozwolę sobie na delikatny ukłon w stronę Autorki za pośrednie wyciągnięcie mnie z kłopotów, rewanżując się dość głęboko posuniętą interpretacją jej dzieła.
Uprzedzając uwagi na temat zbyt często pojawiającego się zaimka „ja”, delikatnie zwracam uwagę, ze piszę z punktu widzenia czytelnika, subiektywnie i używanie śladem krytyków literackich (w tym niektórych blogerów i recenzentów) zwrotów bezosobowych, form typu „czytelnik przeczytał, czytelnik (cokolwiek) może” uważam za niewskazane i maskujące subiektywizm.
Zacytuję tu zdanie Rolanda Barthesa, dotyczące co prawda intertekstualności po stronie czytelnika, ale dobrze oddające moje nastawienie:
…„ja” nie jest podmiotem naiwnym, wcześniejszym od tekstu [...]. Ten podmiot, który zbliża się do tekstu, jest już sam wielością innych tekstów, kodów nie­skończonych lub, dokładniej, utraconych (takich, których źródło zostało zapomniane).

Wszystkim zadającym sobie pytanie „czy warto czytać?” polecam, a robię to z czystym sumieniem, opinię Marty Krajewskiej. Dawno nie widziałem aby ktoś na małej przestrzeni tekstu przedstawił tak wnikliwą ocenę, nie tyle całej powieści, co swojego własnego jej czytania. Zacytuję tylko fragment, ale najbardziej oddający to co jest kwintesencją powieści, jej wielowymiarowość! Przy okazji ciekaw jestem pełnej interpretacji, mam nadzieję, że Marta Krajewska zdecyduje się ją kiedyś upublicznić.
„Ta powieść ma wiele poziomów, wiele znaczeń i wciąż się zmienia, wciąga i fascynuje. Z każdą odwrócona stroną zapadałam się w nią bardziej, ciekawa, czym jeszcze mnie zaskoczy.”
Marta Krajewska
Zanim doczekamy się pełnego tekstu powieści pozwolę sobie na kilka zaledwie uwag. Zacznę od tego, że poza pierwszym rozdziałem, nie czytałem tekstu Marty Kładź-Kocot wprost. Nie udało mi się, pomimo trzykrotnego czytania. Co osobiście uważam za wielką zaletę. Pokazuje to bowiem, że powieść jest przeznaczona dla każdego czytelnika i wszelkie próby pozycjonowania jej na konkretną grupę odbiorców nie mają sensu. Czy trafi ona do każdego, a powinna, to jest zupełnie inne pytanie. Należy zrobić wszystko aby tak się stało!
Krótko po rozpoczęciu czytania odniosłem zadziwiające wrażenie. Przybycie Virbria do Castelburga, schematyczny podział miasta na dzielnice (targowisko, dzielnica portowa), czekanie na spotkanie z kimś, jakimś agentem …brakowało mi tylko, co zostało szybko uzupełnione, stwierdzenia „jest zadanie do wykonania”, a potem jeszcze „przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”. Tak, déjà vu! Otóż w tym momencie powiedziałem sobie „to niemożliwe!”. Ziarno podejrzeń co do prawdziwej proweniencji tego utworu zostało zasiane. Nagromadzenie stereotypów zadawało kłam temu co zdążyłem się już dowiedzieć  z ust samej autorki i to dwukrotnie. Nabrałem przekonania, ze Marta Kładź-Kocot prowadzi z nami, czytającymi, jakąś grę literacką. Ponieważ do takiej gry potrzeba dwóch osób, to od czytelnika zależy czy się dołączy. Ja zaryzykowałem i nie żałuję tego. Teraz mogę śmiało powiedzieć, to od Ciebie czytającej, czytającego, zależy jak potraktujesz ten utwór. Czytany wprost to klasyczne fantasy z drużyną i questem. Do tego  wątek miłosny wzbogacający fabułę, miłość do miasta, intryga polityczno-magiczna. Dlaczego nie? Ja po wizycie w Bibliotece Emain Avallach odnalazłem swój, zupełnie odmienny, poziom czytania, a właściwie przeczucie odczytania i nie opuściłem go już do końca. Czy przeczytanie drugiej części powieści spowoduje zmianę w moim odczytaniu? Wątpię. Bo to co widać wprost, wymienione przeze mnie wyżej, to jednocześnie pewna część większej sekwencji zdarzeń, nie byle jakiej sekwencji. Tu pozwolę sobie na parafrazę zdania z pewnego artykułu: „Taka [Ta] sekwencja wydarzeń stanowi archetypowy temat romansu powiązany z mo­tywem quest — poszukiwania”. Kogo parafrazowałem? Powiedzmy, że to oczywiste. Czy to jest wskazanie drogi do pewnego typu odczytań? Tak! Ja poszedłem tą drogą, i powiem tyle, że ta opowieść będąc na pewnych poziomach stereotypową, na innych staje się archetypową (udającą stereotyp). Śmiałe stwierdzenie? Znowu oddajmy głos samej Autorce.
Ale jeśli zgłębisz opowieść do samego dna, zaczynasz rozumieć, gdzie tkwią jej korzenie, co ją napędza i jakie są jej związki z innymi opowieściami. Widzisz ją na wskroś.
Spójrzmy więc, na razie pobieżnie, czym gra Marta Kładź-Kocot.

Świat

Tu nie ma wątpliwości. Witajcie w Wieloświecie. Niestety jego struktura jest na razie przed nami zakryta.
Pojęcie wieloświata jest oczywiście archetypem. Najbliższym mi obrazem archetypowym wieloświata jest świat z „Kronik Amberu” Rogera Zelaznego, o zwodniczo prostej strukturze, co nie znaczy, ze jest tak naprawdę. Kreacja Zelaznego zawiera świat, czy też stan, pierwotny. Tu aż prosi się o zbadanie powiązań mitopoetyki świata pierwotnego z mitopoetyką światów wtórnych. Otóż powinna pełnić ona rolę rezerwuaru „pierwotnych archetypów”, których obrazami archetypowymi są archetypy światów wtórnych.
Struktury wykreowanego przez siebie Wieloświata Marta Kładź-Kocot nie ujawniła jeszcze explicite. Powiązania między poszczególnymi światami tego Wieloświata są za to widoczne w wątku Biblioteki. Czyż Mitria nie czyta „Wieszczby Wölwy”? Przy założeniu, które moim zdaniem możemy śmiało przyjąć, że znany nam świat jest częścią tego Wieloświata.
Tu nasuwa się jeszcze jedna interpretacja, wcale zasadna. Mamy do czynienia z Biblioteką Świata i tak naprawdę czytamy w niej tę i inne opowieści. Ale to koncepcja do analizy na inną okazję. Wrócę do niej trochę później.

Miasto

Tu mnożą się pytania. Związki Castelburga z Florencją są widoczne na pierwszy rzut oka. Mało tego, opierając się na informacjach historycznych zawartych w powieści i patrząc na niektóre wspomniane osoby, jak Piero Soderini, Niccolò Machiavelli (w powieści z zamienionymi imieniem i nazwiskiem) czy Książę (jako symbol) jesteśmy w stanie ustalić datę roczną (w naszym świecie) wydarzeń tam opisanych. Tylko ta dzielnica portowa i brak Ponte Vecchio… Tu nasuwa się podejrzenie, że zarówno Castelburg, jak i Florencja są archetypowymi obrazami jakiegoś pierwotnego Miasta W Tym Miejscu Świata.
Przy okazji stąd tytuł wpisu!

Kochankowie i miłość

Szczerze? To pierwsze co rzuciło mi się w oczy. Zaczyna się jak odtworzenie mitu o Tristanie i Izoldzie, zresztą jest to jawnie wspomniane w tekście, a ewoluuje w stronę innego mitu o kochankach rozdzielonych, z mocno zaakcentowanym motywem geas i klątwy. Myślę o micie (mitach) orfickim. Z jednym zastrzeżeniem, mit orficki jest przedstawiony à rebours, i to  podwójnie. Po pierwsze to kobieta szuka (ratuje), po drugie nie wiadomo czy poszukiwany jest w podziemnych światach, czy wręcz przeciwnie.

Gra wyobraźni

Dokąd doszedłem w swoich rozważaniach? Do tego co mniej lub bardziej jawnie pojawia się w tekście powieści, do dynamicznego systemu symboli (figur mitycznych), archetypów, obrazów i schematów. Innymi słowy doszedłem do mitu. W tym przypadku mitu literackiego. Czy Marta Kładź-Kocot gra z czytelnikami mitem? Tak!
Czy jest to mitotwórstwo? To pytanie w zasadzie powinno się zadać każdemu czytelnikowi z osobna. Dlaczego? Bo odbiór utworu literackiego na tym poziomie zależy mocno od kompetencji czytelnika. Nie każdy pozwoli sobie na takie odczytanie (interpretację), nie każdego, nie oszukujmy się, na to stać. Tu potrzebny jest pewien typ myślenia i pewien typ wyobraźni. Obojętnie jak tę wyobraźnię nazwiemy, czy powiemy na przykład, że jest ona mito-poïetyczna (arystotelesowe poïetos to wytwarzanie), to powinna ona pojawić się i u autora, i u czytelnika!
Jednego za to możemy być pewni, że w „Nocy kota, dniu sowy” można znaleźć wiele archetypowych obrazów, możemy znaleźć archetypową narrację (narracje?). Tyle, że na przykład mit bohaterski został mocno zmieniony, dostosowany do współczesnego widzenia świata. To zrozumiałe! Literatura popkulturowa operuje już swoją mitologią, gdzie archetypowe obrazy (ale nie archetypy) odwołują się do współczesnego odbiorcy, nawet jeśli ten odbiorca nie bardzo jest w stanie skojarzyć, że źródła tych obrazów tkwią głęboko i w przeszłości i w wyobraźni!
Przykładem tej swoistej ewolucji pojęć archetypowych jest pojawiająca się w tekście postać pewnego znanego mitycznego bohatera. Otóż pełni on w powieści także rolę (jest archetypowym obrazem) pierwszego literackiego bohatera, z którym czuje się związany czytelnik. Każdy ma takiego bohatera, do którego wraca po latach z miłością, bądź refleksją. Mitria też, to w końcu jej bohater! Czy jest to popkulturowy archetyp? Moim zdaniem tak. Zwracam uwagę na pewien szczegół, więź z takim bohaterem pojawia się pod wpływem osobistej lektury. To szczególny poziom bliskości, bardzo subiektywny  i osobisty. Dlaczego popkulturowy? Archetyp ten mógł ujawnić się dopiero w czasach gdy czytanie stało się powszechne.

Symbole i znaki

Pozostaje jeszcze pytanie o występujące w tekście symbole znaki. Na przykład kota i sowę. Moja odpowiedź jest prosta. Nie wiem i nie jestem pewien czy chcę wiedzieć. Kot jaki jest każdy widzi, do tego jak mawiał pewien osobnik: KOTY […] KOTY SĄ MIŁE. Sowa to jeszcze większe zamieszanie wprowadza. Z jednej strony znam pewną czarodziejkę, która nosiła medalion z wizerunkiem sowy, do tego zmieniała się w sowę. Z drugiej strony, gdyby to była pójdźka to kierunek odniesień byłby oczywisty, ale Autorka mówi o płomykówce. Poczekajmy zatem na domknięcie mitu kreowanego przez Martę Kładź-Kocot. Okazać się może, że są to nowe symbole i nowe znaki.
Nie wspomniałem o tych trzech sympatycznych paniach, Prządkach, przypominających Norny i Mojry? Wspomniałem, zupełnie na początku. Mamy tu znowu do czynienia z pewną trawestacją mitu, bo z jednej strony robią na niskim poziomie zupełnie co innego niż Norny czy Mojry, które odpowiadały za los poszczególnych ludzi, ale jest jeszcze poziom wyższy. Na tym wyższym poziomie Norny (Mojry, Parki) a także hinduistyczne tridevi (przez analogię do swoich męskich odpowiedników-mężów trimurti) należą do triad bogiń odpowiadających za początek, trwanie i koniec światów.  Trwanie nie wyklucza zmian!
Jeżeli czegoś mi brakuje to pani Morrigan (i jej trzech postaci) z krukiem (wroną), ale przecież ani wojny, ani magii, ani podziemi, ani zniszczeń w tym świecie nie brakuje…
Jeżeli, a jest to wielce prawdopodobne, moje odczytanie (czy jak ktoś woli przeczucie interpretacji) kogoś nie przekonuje to mam zupełnie inny powód, dla którego powinniśmy czytać i doceniać „Noc kota, dzień sowy” Marty Kładź-Kocot. Powieść ta mieści się spokojnie na pewnej wybranej półce Biblioteki Świata, gdzie stoją „Mistrz Zagadek” Patricii A. McKillip  i „Świat pięciorga bogów” Lois McMaster Bujold.

Na usystematyzowaną opinię, wątpię, żebym zmienił zdanie, jeśli już to w kwestii konkretyzacji świata, przyjdzie mi poczekać do ukazania się drugiej części. Jak wszyscy czekam na zamknięcie wątków.

Teraz jeszcze słów kilka o mojej zakończonej nauce czytania. To stwierdzenie było pewnym uproszczeniem z mojej strony. Dotychczas przyznawałem się do dzielenia z autorami przeczytanych książek. To podejście, o wyraźnie celującym w intertekstualność charakterze, niesie za sobą wiele wad. Intertekstualność bowiem jest pojęciem węższym, odwołania intertekstualne muszą być celowe, a czytelnik może, lecz nie musi rozpoznać tej celowości. Częściej pojawiają się po prostu reminiscencje, i to zarówno po stronie autora, jak i po stronie czytelnika (być może osobno). Pierwszy raz przyznałem się do dzielenia (a przynajmniej domniemania dzielenia) wyobraźni. Bardzo ważny czynnik! Tak mam świadomość, że takie podejście wyjaśnia moje współuczestnictwo (bycie wewnątrz) w utworach Agnieszki Hałas (moja wyobraźnia ma mroczny charakter), jak i rolę zaangażowanego obserwatora rodzenia się mitu w powieści Marty Kładź-Kocot! Mit jest pochodną wyobraźni!
Gdyby ktoś pytał, jeżeli tak twierdzisz, to czemu nie wspominasz o micie w związku z „Teatrem Węży". Bo będąc wewnątrz trudniej to rozpoznać? Poza tym tam jest narracja powiązana z mitem bohaterskim. Można znaleźć wszystkie niezbędne etapy. Trzeba tylko spojrzeć do „Muzyki dla szczurów”, gdzie mamy, zupełnie na początku, do czynienia ze swoistą apoteozą Krzyczącego w Ciemności.
Czyli dzięki „Nocy kota, dniu sowy” nauczyłem się czegoś nowego ze sztuki czytania, a co najmniej zdobyłem się na przyznanie się, przed samym sobą też, że ten nowy etap osiągnąłem - przeczucia miałem już dawno…


Glossa. Oryginał tej recenzji znajduje się na blogu „Biblioteka Kruka” pod adresem Widok ze Wzgórz na Miasta według Marty Kładź-Kocot.
Pewna przemiła niespodzianka, którą sprawiła mi Autorka pod koniec drugiego tomu powieści „Noc kota, dzień sowy: Gliniana pieczęć” (…szukajcie a znajdziecie…)  zaowocowała, dość niespodziewaną, reaktywacją tego bloga …i zmianą jednej litery w nazwie. 

sobota, 5 grudnia 2015

Czytajcie, aż będzie wam łużowo.



Marta Kisiel - Dożywocie
Uroboros


Sięgnąłem tedy po książkę. Nie byłoby to na pozór niczym dziwnym, gdyby nie drobny fakt. Nie miałem wcale zamiaru jej czytać, Cthulhu mnie w końcu podkusił, pewien Zacofany (acz nie konserwatywny) do-kusił do końca i voilà przeczytaną jest, czy jakoś tak… Czy widzę w tym coś złego? No jest taki jeden drobiazg. Nigdy (nie mów nigdy), w każdym razie z reguły, nie czytam opinii o książkach, którym mam zamiar przyjrzeć się bliżej. W związku z tym, że o Tej czytałem, słyszałem, byłem atakowany okładką prawie codziennie od kilku lat, to pewnie po jej przeczytaniu, grzecznie wyłączyłbym czytnik i odstawił go na półkę, gdyby nie nagły atak zdziwienia. No jak to tak? To jest Ta powieść, o której czytałem już setki razy? Wszyscy piszą w zasadzie podobnie. Tysiące czytelników w czapeczkach z mniej, lub bardziej gustownymi, różowymi uszkami, opowiada o Tej powieści śliczności, a ja? Przecież ja czytałem zupełnie coś innego! Niby detale się zgadzają, wszystko jest na swoim miejscu, a powieść jakby inna... To może i ja parę słów w trybie sprostowania?
Śródpis 1. Prawda jest taka, że pomimo unikania przez piszących spoilerów, po przeczytaniu dostatecznie dużej ilości opinii, nie tylko blogowych, to nawet utworu czytać nie trzeba. Każdy wypowiadający się coś tam chlapnie językiem czy klawiaturą i już. Jeśli pozbierać razem, to już to nawet streszczenie nie jest, tylko detaliczny opis akcji i bohaterów ;-)

Rozumiem, że mnie nie rozumiecie.

Zacznijmy więc od początku. Pewien pisarz, dajmy na to Konrad R. (w zasadzie to ciągle pisarz in spe), otrzymuje w spadku dom w atrakcyjnym wiejskim obszarze, tyle, że objęty umową dożywocia. Znaczy dożywotników mu szacowny, bliżej nieznany, krewniak dołożył, jako bonus do wiejskiej posiadłości. I on tak chętnie się godzi, ba wręcz entuzjastycznie rzuca wszystko (łącznie z dziewczyną)
Śródpis 2. No dobrze była lekko wredna, gadatliwa i apodyktyczna. Niby to jakiś wyjątek? W zasadzie norma, prawie. …bez spoilerów. …na razie.
i pędzi swoim Tico tam, gdzie Cthulhu mówi dobranoc? Bo niby bez wiejskich krajobrazów i zapachów natury, to już książki nie można napisać? Mało, osioł jeden, nawet nie sprawdza kogo sobie bierze na dożywocie? Mogę mieć o pisarzach różne zdanie, ale są pewne granice. Psychologicznie cała sytuacja jest niewiarygodna.
Śródpis 3. Pomijając fakt, że gołym okiem widać, iż Ałtorka

Śródpis 3a. Pisownia jak najbardziej prawidłowa. Z zadowoleniem przyjmuję fakt iż Marta Kisiel należy do zacnego grona obrońców polszczyzny, zresztą piszący te słowa też. Otóż należy przeciwstawić się różnorakim próbom upraszczania naszej ojczystej mowy, przez różnych takich niedouków. Rozumiem, że fonetyka, morfologia, gramatyka i co tam jeszcze, naszego języka jest dziwna. Obecność dwuznaków, dwugłosek, konieczność korzystania ze znaków diakrytycznych przy pisaniu jest męcząca… Stąd na przykład próby poprawy ortografii przez redukcję tychże „niepotrzebnych” znaków. Nie tylko ortografii, bo następuje także redukcja używanych wyrazów, oraz zbędnej deklinacji i koniugacji. Tylko na Cthulhu nie tędy droga. Jesteśmy o krok od przejścia na poziom pidżin polski i to w wersji uproszczonej! Oczywiście nie jestem zwolennikiem znaczącego powiększania języka o nowe wyrazy, a co za tym idzie alfabetu o nowe znaki. Propozycje rozszerzenia naszego alfabetu o znaki z tengwaru czy cirthu uważam za mało poważne. No bo ile poziomów musiałaby mieć klawiatura? Ja ledwie pamiętam te cztery, których używam. Słowa z quenya czy sindarinu można zapisywać fonetycznie. Prawda? Zresztą rozpisałem się, a chodzi o taki drobiazg jak zapisywanie słów o identycznym brzmieniu, lecz różnym znaczeniu, w różny sposób. Jak „może” i „morze”. W tym przypadku chodzi o „autor/ka” i „ałtor/ka”. No jak to nie widzicie różnicy? Różnica jest podobna jak w słowach autokreacja i ałtokreacja, gdzie autokreacja to przecież proces tworzenia nowego modelu samochodu (auta) od podstaw (projekt) do pierwszych modeli produkowanych nieseryjnie.
ściemnia. Otóż jeśli był to spadek, to szacowny spadkobiorca musiał udać się do odpowiedniego dla miejsca zamieszkania Urzędu Skarbowego. Nikt mi nie powie, że ktokolwiek kto załatwiał tego typu sprawę w tym miejscu jest w stanie wyprzeć z pamięci tak traumatyczne przeżycie. I co ani jednego zdania na ten temat, żadnej skargi na ciężki los spadkobiorcy? Bo niby zapomniał? Akurat! Ściema i tyle.
Rozumiem, że Konrad miał ciężki okres w swojej „karierze”, deadline, prokrastynacja i brak weny zaowocowały depresją. Facet w takim stanie, to idzie z kumplami do pubu, głosi całemu światu …że jest nieszczęśliwy i tenże cały świat go nie rozumie, łącznie z tą wredną babą jego agentką, która tylko dwa słowa zna „pisz” i „termin”, małpa jedna, oraz, że gdyby nie ten wredny świat i cała agentka (a może odwrotnie), to on by śliczności arcydzieła masowo produkował, a co jedno to coraz większy bestseller do tego …i w ogóle …i znowu, nie wiedzieć czemu, piwo mu ktoś podprowadza z kufla, musi w pubie się Cthulhu zalęgły…
Spuśćmy zasłonę milczenia. Chyba, że po kilku niewielkich kuflach biedny pisarz wpadnie na dobry pomysł. Mianowicie taki, że potrzebuje fachowej pomocy, terapii można by rzec. Ciepło, ciepło …i może pomyśli, że piwo się samo z kufla nie teleportuje …i tak baranie zajrzyj do tego kufla wreszcie!

środa, 30 września 2015

Nazywam się Marple, Jane Marple : Sprawiedliwość w różowym szalu



Agatha Christie - Nemezis
Wydawnictwo Dolnośląskie

Są takie chwile w życiu miłośnika klasycznej fantastyki, kiedy sięga po kryminał. Cóż mogło więc skłonić takiego osobnika do poświęcenia czasu na zmianę gatunku? Kobiety oczywiście, bo cóż napędza ten świat, jak nie dziewczyny? Dwie damy będąc dokładnym.
Dama Agatha Mary Clarissa Christie, DBE i jej bohaterka, zasługująca bezapelacyjnie na tenże tytuł, czyli panna Jane Marple!

„Było detektywów wielu, ale żaden nie śmiał…” konkurować z uroczą Jane. Z wielu względów, może także dlatego, że nie była ona detektywem. Jane Marple rozwiązywała po prostu zagadki kryminalne. Co nie przeszkodziło jej zaprowadzić kilku morderców przed oblicze Temidy. Miała do tego niezwykły talent. Tak, ta miła starsza pani z angielskiej prowincji gra w ekstraklasie. Jest ekspertem od mrocznej strony ludzkiej natury. Jest wyczulona na czające się tu i ówdzie zło, zło prowadzące do odebrania innemu człowiekowi tego co najcenniejsze - życia. W jednym się tylko chyba pomyliłem. Jest oczywiście jeden facet, który śmiałby konkurować, a jakże. Sherlock Holmes jako brytyjski dżentelmen oczywiście nie stanąłby w szranki, ale literackiego brata Jane, Belga o poziomie megalomanii odwrotnie proporcjonalnym do wzrostu, to owszem, podejrzewam o tak niecny zamiar. Wyjaśnijmy sobie drogi Herkulesie raz na zawsze - tutaj króluje Jane.

Przejdźmy więc wreszcie do pierwszego spotkania z Jane Marple. Dodam - pierwszego z dwunastu, bo zamierzam przyjrzeć się wszystkim powieściowym przygodom naszej sympatycznej wielce starszej pani.

Spotkanie z Jane Marple zaczynamy od przygody, która powinna zamykać serię wpisów. Zaczynamy od powieści „Nemezis”. Stanowi to pewną trudność, bo siłą rzeczy ostatnia (opisana) sprawa prowokuje do porównań z wcześniejszymi dokonaniami. Sama Agatha Christie przypomina w powieści niektóre z tych spraw. Nie będę ich wymieniał, bo nie o to chodzi przecież. Istotne jest co innego. Śledztwo opisane w „Nemezis” różni się istotnie od poprzednich. Jane Marple i jej metody są oczywiście niezmienne, ale…
Tu wyjaśnienie. Przymierzałem się od dłuższego czasu do przyjrzenia się na tym blogu pannie Marple. Jak to w życiu bywa, dwie osoby dopadły mnie w ciemnym zaułku komentarzy na pewnym blogu i skłoniły do wprowadzenie zamiaru w życie. Stąd wybór tytułu na początek.
W ramach rewanżu, oceńcie co Aine i Zacofany W Lekturze napisali o pannie Marple :-)

Tego popołudnia pewnej mieszkance St. Mary Mead dokuczały te same rzeczy co zwykle. Nie, nie wiek. Jane Marple wkroczyła już w wiek poważny, którego oznaką jest to, że pojęcie starszy traci swój zwyczajny sens, a młodszy mierzy się dziesiątkami lat. Upływ czasu nie dokucza, dokuczają pewne związane z tym niedogodności. Tego dnia dokuczały pannie Marple gazety i ogród. Gazety, bo zmieniły się na gorsze, ogród, bo nie mogła się nim samodzielnie zajmować. Gazety wyglądały inaczej niż za jej młodych lat. Wyjaśnijmy coś sobie, a wiem co mówię, człowiek pięćdziesięcioletni jest młody! W gazetach informacje ważne poukrywane były teraz w dziwnych miejscach, mniej eksponowanych. Nie tam, gdzie przyzwyczajenie kazałoby ich szukać. Zmieniła się też gradacja ważności informacji. Kiedyś w rubrykach towarzyskich ważne były śluby i narodziny, teraz zgony. To akurat nie wina gazet, tylko czytelniczki, tak na marginesie. Ogród to zupełnie inna sprawa. Reumatyzm do spółki z lekarzem nie pozwalali Jane na samodzielne zajmowanie się pracami ogrodniczymi. A przecież żaden wynajęty ogrodnik nie jest w stanie zrobić tego dobrze, to znaczy po myśli takiej pasjonatki kwiatów, rabatów, grządek, jak Jane. Tragedia po prostu.

Och jakże dobrze Cię rozumiem droga Jane. O ile przestawiłem się na e-czytanie książek, to e-gazety, zwane dla niepoznaki portalami informacyjnymi, kompletnie nie nadają się do czytania. Z wielu względów. Z mniej ważnych wymienię to, że obrażają moje poczucie gramatyki, ortografii i dobrego smaku. Z ważniejszych to, że robią wrażenie kompletnego zaniedbania redakcyjnego. Przeglądając wydania elektroniczne nawet znanych gazet (mówię o Polsce) mam wrażenie, że tekstów przed opublikowaniem nikt nie czytał, nawet autor, nazywany nie wiedzieć czemu dziennikarzem?

Wróćmy do gazet. Tego dnia Jane Marple znalazła w rubryce "Zgony" nazwisko Jason Rafiel. Człowieka owego, bogatego przedsiębiorcę i finansistę, spotkała kilka lat temu w Indiach Zachodnich. Przypadkowo los sprawił, że współpracowali przy rozwikłaniu pewnej zbrodni. Jane pamiętała o tym, czy pamiętał Jason Rafiel? Pamiętał, o czym miała się wkrótce przekonać…

Po kilku dniach Jane znalazła w porannej poczcie list, który nie był banalnym rachunkiem czy inną korespondencją bankową. Prośba o kontakt z pewną londyńską kancelarią prawniczą rozpoczęła zgoła najdziwniejsze śledztwo, jakie przytrafiło się kiedykolwiek naszej tropicielce zła. Było zaproszeniem do gry, której reguły ustalił tym razem zupełnie kto inny. Jason Rafiel, który dobrze pamiętał Jane Marple, zaproponował jej, by jeszcze raz pokazała światu swoją prawdziwą twarz, twarz sprawiedliwości, twarz Nemezis. Choć oczywiście jasnym wydaje się, że Jane podejmie się tego wyzwania, to z drugiej strony, jej początkowe wahanie też nie jest niczym dziwnym. Bo poza tym, że rozwiązanie składa na jej wątłe barki Jason Rafiel, nie dowiedziała się niczego. W skrócie można by to przedstawić tak: „Droga Jane, jest sprawa do rozwiązania. Mam nadzieję, graniczącą z pewnością, że się tego podejmiesz. Słucham? Niby jaka sprawa? No tego to się musisz sama dowiedzieć…”
Dwie kolejne uwagi.
„Nemezis” jest powieścią dla fanów Jane Marple. Zdecydowanie odradzam czytanie jej jako pierwszej. Tu nie ma jakiejś kwintesencji jej przygód, czy metod. To domknięcie. Docenić je można znając poprzednie osiągnięcia panny Marple.
Nie sugerujcie się w żadnym przypadku filmami. Książkowa Jane Marple jest inna, pełna, jest po prostu sobą. Seriale, bez względu na obsadę, nie oddają uroku książek. Nie mówiąc o takim drobiazgu, jak zbyt duże odejście scenarzystów od prawdziwej fabuły. Serialowe przygody są mniej, czy bardziej różne od oryginału, do tego stopnia, że opowiadają zupełnie inne historie.
Wróćmy do „Nemezis”. Czy twierdziłem, że wiek nie odgrywa roli? Nie, nie mówiłem nic takiego, odgrywa. Otóż tutaj widać rolę wieku, zarówno autorki, jak i bohaterki. Nie wdając się w zaglądanie w metrykę Agathy, spójrzmy na Jane. Czym innym jest stwierdzenie „reumatyzmy jakieś łupią” w przypadku odgrywania roli starszej schorowanej pani, a czym innym w rzeczywistości. Cóż, przychodzi taka chwila, gdy lekko symulowane schorzenia dopadają nas naprawdę. Przykre, gdy nie można dbać o swój ukochany ogród. Czy można zatem pojechać na wycieczkę po Angielskich Rezydencjach i Ogrodach? Można. Czego nie robi się dla sprawy, szczególnie, gdy się jej nie zna do końca. Tu wychodzi szydło z worka. Jane Marple dla rozwiązania zagadki gotowa jest poświęcić wszystko, łącznie ze swoim komfortem bytowania, dobrze, bez grzebania w ziemi swojego ogródka, to i tak się nie liczy ;-)

Jeżeli ktoś odnosi wrażenie, że omijam temat, czyli powieść „Nemezis”, to ma rację i nie ma jej jednocześnie. O „Nemezis” nie da się w ten sposób powiedzieć nic specjalnego, ot jedna ze spraw panny Marple. Czyżby? Zapowiadałem je inność… Bo jest inna! Po raz pierwszy śledzimy Jane Marple kroczącą za kimś! Nie, nie będę opowiadał o tym, co przygotował dla niej Jason Rafiel. To opowieść na inną okazję. Nasza dzielna bohaterka poznaje swoje zadanie na raty, w trakcie wycieczki krajoznawczej, podczas wizyty u pewnych trzech sióstr, których imiona prowadzą nas w fałszywym kierunku, bo to nie Kloto, Lachezis, Atropos, chociaż Agatha wspomina o Parkach (Mojrach) w tekście. Pojawiają się osoby, których obecność jest jak najbardziej zaplanowana przez Rafiela, ale nieoczekiwana przez Jane. Zamęt? Kontrolowany! Do czego to wszystko prowadzi? Do rozwiązania zagadki oczywiście. Ktoś przypuszczał, że Jane Marple nie rozwiąże zagadki kryminalnej???

Tu zatrzymajmy się na chwilę. Nie sądzicie chyba, że powiem Wam o co chodzi w tej powieści? Słusznie! Popatrzmy za to na twórczość Agathy Christie. Za co Ją cenicie? Bo ja za to, że wymyślała bardzo fajne zagadki (wiem nadużywam tego słowa). Nigdy nie siliłem się na prowadzenie własnych śledztw, mało, nie podziwiałem bohaterskich detektywów, którzy w pocie czoła rozplątywali gordyjskie węzły zasupłane przez Agathę. Delektowałem się za to tymi węzłami. Bo przecież o to chodzi. Tam nic nie jest oczywiste. Ludzkie motywacje są tak zakręcone, jak sami ludzie. Potem zjawia się dajmy na to Jane Marple, która mówi - wiem, wiem! To oczywiste! Bo przecież złoczyńca zachował się jak sklepikarz ze sklepu rybnego, który robił to czy tamto. Jane Marple miała taką metodę, porównywała to co teraz, do tego co kiedyś, bo ktoś robił coś podobnego, czy zachowywał się podobnie. Rozwiązywanie przez analogię spraw wielkich do spraw małych, codziennych.

Wróćmy jeszcze na chwilę do tego co istotne. „Nemezis”, jak już wspominałem, wnosi pewien rys inności. Jane Marple rozwiązując wcale niełatwą sprawę, zachowuje się trochę inaczej niż zwykle. Bo cóż robi zwykle? Służy radą i pomocą innym. To ci inni rozwiązują zagadki, a sympatyczna starsza pani podpowiada im. Cóż, może jest i krok, czy dwa przed nimi, ale nie daje tego poznać. Jest inspiratorką bardziej, niż mentorką. Docenia i chwali innych. Tu nasuwa się pewna refleksja. Policjanci w powieściach o Jane Marple, to nie jakieś głupawe indywidua. Zwykle to wytrawni śledczy, którzy potrafią skorzystać z pomocy uroczej staruszki, nawet jeżeli ma ona na szyi różowy, wełniany, staromodny szalik. W „Nemezis” to sama Jane jest śledczym, to ona podąża za zagadką, to ona potrzebuje pomocy! Korzysta z niej, co oczywiste, bo wie, że każda pomoc, szczególnie nieoczekiwana, jest cenna.

Tu dochodzimy do meritum. Dlaczego Nemezis? Cóż Córka Nocy ma wspólnego z Jane Marple? Odpowiedzią jest Sprawiedliwość i Prawda! Jane zawsze dążyła do dwóch rzeczy. Do prawdy, czyli rozwiązania zagadki. Do sprawiedliwości, czyli do rozliczenia winnych. Nie oszukujmy się, sprawiedliwość to nie proste czarno-białe widzenie świata. To nie zemsta, ani nie przebaczenie. Wina musi być rozliczona, bez względu na nasze sympatie, czy antypatie. Owszem, możemy współczuć sprawcy, w pewnym stopniu go usprawiedliwiać. Bo w tym konkretnym przypadku to miłość legła u podstawy zła. Ale jedno jest pewne - każdy czyn musi być rozliczony, nagrodzony czy ukarany. I dla tych, którzy wytrwali do końca tej lektury mam przesłanie. Jane Marple tego dopilnuje, możecie być pewni!

Tak jak możecie być pewni tego, że różowy, wełniany szalik może być odpowiedni dla niektórych osób. Czyż nie mam racji Jane?

sobota, 17 stycznia 2015

W samo serce ciemności


Joseph Conrad - Jądro ciemności
Wolne Lektury

Lojalnie uprzedzam, ten wpis to Zło w czystej postaci, streszczenia, spoilery… Tylko, że inaczej nie mógłbym napisać o tym dziele Conrada. Poza tym, to ja bardzo przepraszam, nie czytaliście „Jądra ciemności”?!

Opowiadanie „Jądro ciemności” ma to szczęście, albo nieszczęście, że znane jest z wielu dzieł nim inspirowanych. Myślę przede wszystkim o filmach, takich jak „Czas Apokalipsy” Coppoli (Martin Sheen, Marlon Brando) czy „Jądro ciemności” Roega (Timothy Roth, John Malkovich). Ten drugi bliższy jest prozie Conrada. Odniesienia literackie są liczne, acz bardziej zakamuflowane. Podam tylko jeden przykład, na pozór wcale nieoczywisty, Robert Silverberg „W dół do ziemi”.

W takim razie zadajmy pytanie, co inspirowało Josepha Conrada? Wyobraźnia, czy może jednak własne przeżycia? Wiedział co pisze?

Wiedział!

Teraz to co najważniejsze. Trochę historii. Prawdziwej. W 1890 roku, mając już wtedy obywatelstwo brytyjskie, Conrad zatrudnia się w „Belgijskiej Spółce Akcyjnej do Handlu z Górnym Kongiem”, jako kapitan rzecznego parowca. Spełniał niezbędne warunki: miał stopień kapitana oraz biegle posługiwał się językiem francuskim. Jego przygody zasługują na osobne omówienie, ale najważniejsza jest wyprawa w górę rzeki Kongo parowcem „Król Belgów”. Ta wyprawa od Leopoldville do Stanleyville, które dzieliło blisko 1700 km rzeką, miała na celu przywiezienie jednego z tamtejszych dyrektorów, chorego na febrę Georgesa Kleina, który i tak zmarł w drodze powrotnej, na trzy dni przed powrotem do Leopoldville.

Znajome, prawda? Tak, Conrad wiedział co pisze, on tam był, on to przeżył!

Kiedy wyjeżdżał do pracy, nie wiedział, że płynie do piekła. Do piekła, które nazywało się Wolne Państwo Kongo. Ta nazwa to więcej niż kpina, bo ani to było państwo, ani wolne. Obrazowo mówiąc, to był prywatny folwark (olbrzymich rozmiarów) Leopolda II, króla Belgów. Prywatna własność… Spójrzcie na mapę, spójrzcie na Afrykę, poszukajcie Demokratycznej Republiki Kongo, to ten obszar!
W „Jądrze ciemności” Conrad dał świadectwo temu co tam widział. Okrucieństwo, niewolnictwo, śmierć, wszystko pod szyldem legalnej działalności handlowej. Przecież oni tylko handlowali …głównie kością słoniową.

Już po powrocie do kraju stał się Conrad jedną z głównych postaci kampanii przeciwko zbrodniom popełnianym w Kongu właśnie przez to, że tam był i przedstawił to w „Jądrze ciemności”. Ciekawe, wśród innych pisarzy tego ruchu był Mark Twain. Widać pływanie na rzecznych parowcach daje ludziom właściwe spojrzenie na rzeczywistość!

Zanim przejdę do kilku, już bardziej literackich refleksji o samym utworze Josepha Conrada, to wspomnę inną książkę i innego wspaniałego człowieka.

Krótko po przybyciu do Afryki spotkał Conrad brytyjskiego dyplomatę Rogera Casementa. To ten Irlandczyk, jako pierwszy, pokazał światu moralną mizerię kolonializmu w takich miejscach jak Kongo i Brazylia. Cóż, jego losy zasługują na piękną, acz smutną opowieść. Bo czyż fakt, że człowiek nagrodzony szlachectwem za dawanie świadectwa prawdzie o losach ofiar kolonializmu, doczekał się pod koniec tragicznie zakończonego życia haniebnych pomówień ze strony brytyjskiego wywiadu, nie jest dość wrednym chichotem losu?
Fałszywie oskarżony o zdradę stanu w swojej Ojczyźnie, Irlandii, skazany został na śmierć. Rola brytyjskiego wywiadu, dyskredytowanie go wśród jego obrońców pomówieniami o homoseksualizm i rozpasanie seksualne, co wtedy było bardzo ciężkim oskarżeniem natury moralnej, jest przerażającym przykładem kolonializmu właśnie. Dopóki Casement pokazywał zbrodnie innych nacji był podziwiany i hołubiony, ale kiedy okazał się irlandzkim patriotą, kiedy zaczął walczyć z brytyjskim kolonializmem, cóż, wtedy należało go po prostu zniszczyć.

Wiem, łamię pewnie wszelkie możliwe zasady, ale we wpisie o jednym wspaniałym dziele literackim, a takim przecież jest „Jądro ciemności”, polecam inną książkę. Bo Casement doczekał się piewcy i to nie byle jakiego. To Mario Vargas Llosa, to jego powieść „Marzenie Celta”!

Wróćmy jednak do „Jądra ciemności”.

sobota, 22 listopada 2014

Czarne pieski też gryzą, czyli kryminalne zagadki w świecie alternatywnym


Paweł Majka - Czarny piesek gryzie światło
opowiadanie opublikowane w portalu FantastykaPolska.pl

Detektywów rozwiązujących kryminalne zagadki w światach fantastycznych mamy nawet sporo. Ograniczając się do fantasy, ze szczególnym uwzględnieniem odmiany urban fantasy, każdy rzuci kilku mniej lub bardziej znanych osobników o bardzo różnych, w gruncie rzeczy, profesjach. Każdy obdarzony zestawem niepowtarzalnych przymiotów …i pomocników.

Pozwolę wymienić sobie kilkoro z nich, nie po to by porównywać z nimi bohatera Pawła Majki, sierżanta Koryckiego, ale by umiejscowić go wśród tych mniej lub bardziej zacnych person.

Bo to, że znajdzie miejsce wśród tuzów śledczych fantastyczno-kryminalnego świata jest dla mnie oczywiste!

niedziela, 9 listopada 2014

Halloween w blasku Księżyca W Pełni


Roger Zelazny - Ciemna noc październikowa
Nowa Fantastyka

Są takie wyjątkowe lata, gdy druga jesienna pełnia Księżyca przypada tego samego dnia co Wigilia Wszystkich Świętych. Czujecie ten dreszcz emocji? Wielka, bardzo jasna, świecąca nisko nad horyzontem twarz Księżyca oświetla kręcące się w to jesienne święto po Ziemi monstra, dziwadła, duchy, przebierańców…

W taki czas nawet ludzie, którzy zapomnieli co to za święto, którym Halloween kojarzy się tylko z „Trick-or-treating” mogą odczuwać pewien niepokój. Bo to, że nie pamiętamy o Samhain, Dziadach czy innych istniejących od początku naszej cywilizacji świętach czczących koniec lata, pomyślne żniwa, początek jesieni, dzień obcowania zmarłych z żywymi nic nie znaczy. Bo sama natura przypomina nam, że coś się dzieje…

W takie wyjątkowe Święto, kiedy Księżyc dodaje do magii Ziemi swoją magiczną moc, od wieków rozstrzyga się pewna październikowa Gra. Niedostępna, ba niewidoczna dla zwykłych ludzi. Kim są uczestnicy? Niektórzy z nich to znane skądinąd postacie, tak naprawdę to pary, bo połączeni są ze swoimi zwierzęcymi przyjaciółmi. To istoty obdarzone mocami. Nowicjusze i tacy, którzy grają od wieków, od zawsze…

Cel, a właściwie cele, bo są dwa, Gry jest prosty. Budzimy pewnego Starego Który Śpi, takiego co to w zasadzie Się Go Boimy, ale chcemy, żeby był tu z nami. Cel uczestników o przeciwnej afiliacji jest oczywisty, może i nie boimy się Śpiącego Starego, ale lepiej, żeby sobie głęboko, w obu tego słowa znaczeniach, spał.
Hmmm…… na razie wiadomo kto wygrywał, bo widać przecież. Czy tym razem będzie inaczej?

Proszę? Czy ja coś wspomniałem o niedźwiedziu? Niedźwiedzia, to proszę ja Was, każdy głupi potrafi obudzić, żadnych mocy nie potrzeba, chociaż z drugiej strony, to tylko głupi może wejść do gawry ze śpiącymi niedźwiedziami, no właśnie, czyli jednak jakaś moc jest potrzebna, moc głupoty ;-)

środa, 29 października 2014

Mój wkład w literaturę wampirzą z Reymontem w tle


Władysław Stanisław Reymont - Wampir
Książka i Wiedza

Cóż, zszedłem na wampiry…

Powiem tylko tyle, o samej książce napiszę niewiele, ot tyle tylko, że wypada znać. Bo to w końcu klasyka jest, napisana przez Reymonta w roku 1911. Czyli nasz mały polski wkład w literaturę wampirzą. Powieść współczesnemu czytelnikowi będzie pewnie cokolwiek ciężko czytać, styl jest jak najbardziej reymontowski, długie, zawiłe zdania, dość egzaltowany sposób pisania, wiadomo dzisiaj się tak nie pisze. Ale jednak warto, bo to Reymont poza kanonem szkolnym. Tak, tak, nasi znani pisarze na przełomie dawnych wieków (XIX/XX) tworzyli nie tylko lektury szkolne. I nie tylko Stefan Grabiński zajmował się wątkami okultystycznymi!

W każdym razie mamy tu wampiry, Londyn i zagadkę  Już z tego powodu warto sięgnąć po tę powieść, chociaż uprzedzam - arcydzieło to nie jest ;-)

Tekst można znaleźć na przykład na wikiźródłach pod tym adresem Reymont, Wampir.

Tyle tylko, że ta powieść kojarzy mi się z pewną jesienną przygodą sprzed dwóch lat. Jeżeli ktoś jest ciekawy mojego „wkładu” w literaturę o wampirach, to zapraszam. Uprzedzam, pokazuję wyjątkowo wredną stronę mojej osobowości ;-)